Stronę zrobił Ci znajomy? Siedem flag, które sprawdzisz w dziesięć minut
Angielskie adresy, rozjazd na telefonie, brak w Google, dostępy u szwagra. Siedem flag, które sprawdzisz sam, zanim zrobi to za Ciebie klient.

Ładna strona i strona, która pracuje na firmę, to dwie różne rzeczy. Twój znajomy zwykle zrobił pierwszą.
Przyszła do mnie klientka — marka osobista z branży nieruchomości — ze stroną, którą zrobiła jej fotografka. Zdjęcia rewelacja, bo to akurat fotografka umie. A reszta?
Zakładki „About” i „Services” w adresach polskiej strony, bo tak było w szablonie i nikt tego nie ruszył. Wideo w nagłówku rozjechane na dwa ekrany. Menu, które znikało przy przewijaniu. Ładna wydmuszka.
I powiem coś, co może zaskoczyć: tę fotografkę rozumiem. Dzisiejsze kreatory, szablony i czaty dają poczucie, że stronę zrobi każdy. Technicznie to prawda — postawić się da. Ale postawić stronę i zbudować stronę, która pracuje na firmę, to dwa różne zawody. Ludziom się wydaje, że to potrafią. Tak samo jak mnie się wydaje, że umiem fotografować, bo mam telefon z dobrym aparatem.
Masz stronę od znajomego, szwagra, fotografki albo „takiego jednego, co się zna”? Oto siedem flag do sprawdzenia. Dziesięć minut roboty.
1. Angielskie adresy na polskiej stronie
Wejdź na swoją podstronę oferty i spójrz na pasek adresu. Widzisz /about, /services, /portfolio? To znak, że strona wyrosła z szablonu, którego nikt nie dostosował. Dla klienta to drobiazg podprogowy, takie „coś tu jest nie po polsku”. Dla Google to realny problem: adres podstrony to jedno z miejsc, po których wyszukiwarka rozumie, o czym ta strona jest. /services nie powie Google, że robisz przyłącza wody w Bielsku. /przylacza-wody-bielsko — powie.
2. Na telefonie wszystko się rozjeżdża
Szablon wygląda pięknie na komputerze, na którym się go klika. Tyle że 9 na 10 Twoich klientów wejdzie z telefonu. Rozjechane wideo, tekst wchodzący na zdjęcia, przyciski, w które nie sposób trafić kciukiem, menu znikające przy scrollu — to wszystko widziałem na stronach „od znajomych”. Amator sprawdza stronę na swoim laptopie. Zawodowiec sprawdza na telefonie, bo tam mieszkają klienci.
3. Strona jest, a Google o niej nie wie
To flaga niewidoczna gołym okiem, i przez to najgroźniejsza. Brak podpięcia do Search Console, brak mapy strony, a czasem klasyk: zaznaczona opcja „proś wyszukiwarki o nieindeksowanie”, bo tak ustawiono na czas budowy i nikt tego nie odznaczył. Efekt: strona istnieje, ładnie wygląda, a w Google jej nie ma.
Test na już: wpisz w Google site:twojadomena.pl. Zero wyników albo sama strona główna? Masz problem, o którym nikt Ci nie powiedział.
4. Zero struktury pod usługi
Cała oferta na jednej stronie, przewijanej w nieskończoność. Znajomy zrobił „ładnie”, ale nikt nie pomyślał, że klient szuka konkretu: „montaż klimatyzacji Rybnik”, a nie „firma instalacyjna ogólnie”. Bez podstron usługa plus miasto strona nie ma czym walczyć o ruch — ani w Google, ani w czacie, który porównuje firmy właśnie po konkretach. Jedna strona „o wszystkim” jest dla wyszukiwarki o niczym.
5. Formularz-widmo i mail na Onecie
Formularz, który wysyła „gdzieś” — bez strony podziękowania, bez informacji co dalej, czasem bez działającej skrzynki po drugiej stronie. Wpada w próżnię, a klient jest przekonany, że napisał. Do tego adres kontaktowy typu firma.kowalski@buziaczek.pl, bo znajomy nie ogarnął poczty w domenie. Klient, który ma Ci powierzyć robotę za kilkadziesiąt tysięcy, patrzy na taki mail i wyciąga wnioski.
6. Nikt nie wie, gdzie są dostępy
Zadaj sobie trzy pytania. Na kogo zarejestrowana jest domena? Gdzie stoi serwer i kto ma login? Kto ma dostęp administratora do strony? Jeśli na którekolwiek odpowiadasz „chyba szwagier”, masz tykającą bombę. Widziałem przypadki, gdzie znajomy się obraził, wyjechał albo po prostu zniknął, a firma została ze stroną, do której nikt nie ma kluczy. Domena i serwer zawsze mają być na dane firmy. To Twoja własność, nie wykonawcy. Zawsze.
7. Strona stoi i nikt jej nie dotyka
Znajomy zrobił i poszedł. Nikt nie aktualizuje systemu, wtyczek, zabezpieczeń. A nieaktualizowana strona to otwarte drzwi. Pisałem już o gabinecie, w którego stronę ktoś się włamał i powciskał ukryte linki — właścicielka dowiedziała się od osoby trzeciej. Strona to nie pomnik, który się odsłania i zostawia. To narzędzie, które trzeba doglądać.
Co z tym zrobić, żeby nie palić mostów
Najważniejsze: nie musisz tej strony wyrzucać ani kłócić się ze znajomym. Większość z tych rzeczy da się naprawić na istniejącej stronie. Poprawić adresy, z przekierowaniami, żeby nie stracić tego, co już siedzi w Google. Dorobić strukturę podstron. Podpiąć Search Console. Ogarnąć mobile. Przenieść dostępy na firmę.
A jeśli fundament jest za krzywy — przebudowa strony z zachowaniem domeny i historii. Bo nawet krzywa strona, która stoi od lat, ma w Google dorobek, którego nie wolno wyrzucić do kosza.
Znajomy zrobił, co umiał, często za darmo albo za przysługę. Za to należy mu się piwo. Ale firma, która utrzymuje rodziny Twoich pracowników, zasługuje na narzędzie zrobione zawodowo. Jedno drugiego nie wyklucza.
Dziesięć minut, siedem flag. Sprawdź, zanim sprawdzi za Ciebie klient.
Najczęstsze pytania
Jak w minutę sprawdzić, czy moja strona jest w Google?
Wpisz w wyszukiwarkę site:twojadomena.pl. Jeśli wynik jest zero albo widać tylko stronę główną, to znak, że coś blokuje indeksację — brak mapy strony, brak Search Console albo zostawiona opcja „proś wyszukiwarki o nieindeksowanie” z czasu budowy. Strona istnieje, ale w Google jej nie ma.
Czemu angielskie adresy typu /services to problem?
Bo adres podstrony to jedno z miejsc, po których Google rozumie, o czym ta strona jest. /services nie powie wyszukiwarce, że robisz przyłącza wody w Bielsku — /przylacza-wody-bielsko powie. Dla klienta to podprogowe „coś tu jest nie po polsku”, dla Google realnie utracona widoczność.
Znajomy zrobił stronę za darmo. Muszę ją wyrzucić?
Nie. Większość tych rzeczy da się naprawić na istniejącej stronie: poprawić adresy z przekierowaniami, dorobić strukturę podstron, podpiąć Search Console, ogarnąć mobile, przenieść dostępy na firmę. Dopiero gdy fundament jest za krzywy, robi się przebudowę — z zachowaniem domeny i historii, bo dorobek w Google ma wartość.
Dlaczego dostępy i domena muszą być na firmę?
Bo inaczej masz tykającą bombę. Widziałem przypadki, gdzie znajomy się obraził albo zniknął, a firma została ze stroną, do której nikt nie ma kluczy. Domena i serwer zawsze na dane firmy — to Twoja własność, nie wykonawcy.
Dlaczego strona ma działać głównie na telefonie?
Bo 9 na 10 Twoich klientów wejdzie z telefonu. Szablon od znajomego wygląda ładnie na laptopie, na którym się go klika, ale na telefonie rozjeżdża się wideo, tekst wchodzi na zdjęcia, w przyciski nie da się trafić kciukiem. Amator sprawdza na laptopie, zawodowiec na telefonie — tam mieszkają klienci.
Czy strona „postawiona i zapomniana” jest bezpieczna?
Nie. Nieaktualizowany system, wtyczki i zabezpieczenia to otwarte drzwi. Pisałem o gabinecie, w którego stronę ktoś się włamał i powciskał ukryte linki — właścicielka dowiedziała się od osoby trzeciej. Strona to narzędzie, które wymaga bieżącej opieki, nie pomnik do odsłonięcia i zostawienia.
Jeśli po tym przeglądzie widzisz więcej niż dwie flagi, zacznij od bezpłatnej konsultacji i wyceny. Możemy też porozmawiać o stronie dla firmy usługowej od podstaw.